Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 października 2013

Ostatni szczyt

Góry nie zapominają
że człowiek
to tylko jeden kamień więcej.

Góry pamiętają
by przypomnieć człowiekowi
że i łza w kamień zastyga.


Do napisania tych paru wersów skłoniła mnie obchodzona dziś 24. rocznica śmierci Jerzego Kukuczki na południowej ścianie Lhotse. Akurat skończyłam czytać książkę "Każdemu jego Everest" będącą zbiorem zapisków Mirosława Dąsala z 6 wypraw, w tym 2 nieudanych ataków na południową ścianę Lhotse oraz nieudanego zimowego wejścia na K-2 (do dziś szczyt ten nie został osiągnięty zimą).

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Polowanie na krokusy

Wiedzeni przemożną chęcią zjedzenia szarlotki zapakowaliśmy się ze znajomymi do auta i 4 godziny później rozkoszowaliśmy smakiem chochołowskiego deseru, czyli szarlotki ze śmietaną i garścią Vaccinium myrtillus będącej specjalnością szefa kuchni schroniska na Polanie Chochołowskiej.

Napotkani turyści całkowicie ignorowali piękny zarys Kominiarskiego Wierchu, dolomitowo-wapienne Mnichy Chochołowskie czy oślepiająco białego Wołowca, spacerując z nosami przy ziemi. Przyczyną na szczęście nie była epidemia krótkowzroczności, tylko sezon na Crocus scepusiensis, fioletowe stworki oblegające tatrzańskie polany w milionowych ilościach.


Urocze sześciopłatkowce znajdują się pod ścisłą ochroną, więc uraziło mnie zachowanie wielu turystów, którzy beztrosko deptali ich łany w poszukiwaniu najdorodniejszej kępki do zdjęcia i wypuszczali swe potomstwo, by jak małe słonie biegało po całej polanie. Nawet kwiatkom płakać się chce, gdy na to patrzą, przecież ich nasiona rozsiewają mrówki, a nie stonka:


Niektórym wręcz opadają pręciki i sypią się jak stare panny:


150 wykonanych przeze mnie zdjęć dowodzi, że znalezienie modelowych sztuk o pękatej koronie wcale nie wymaga schodzenia ze szlaku:


Aby nie doprowadzić do zmniejszenia populacji krokusów i stworzyć im sprzyjające warunki do rozwoju powinniśmy nie tylko edukować bezmyślnych rodziców i amatorów fotografii, ale także popierać koszenie polan i wypas kulturowy owiec.

Życzę maluszkom siedlisk na miarę ludzkich metropolii. Tylko bez pośpiechu.



sobota, 24 listopada 2012

Tajemnica Krywania

Dziś odkryję przed Wami swój sekret. Często słyszę "o co chodzi z tą górą?", "czemu masz tyle z nią zdjęć?", "ale jesteś dziwna" (to akurat słyszę najczęściej). Moja miłość do Krywania zaczęła się 5 lat temu i trwa w formie czysto platonicznej - nie udało mi się dotąd zaliczyć szczytu.


Pewnego dnia wybrałam się z bratem do Doliny Gąsienicowej. Stanąwszy na Przełęczy Liliowe wyjęłam mapę i po raz pierwszy na jej podstawie spróbowałam samodzielnie oznaczyć otaczające nas szczyty. Krywań stał się moją pierwszą ofiarą. Do dziś pamiętam to bicie serca, szaleństwo w oczach, wiatr, który usiłował wydrzeć mi z rąk mapę i strącić z przełęczy oraz chmarę atakujących każdego turystę górskich much.



Tamtego dnia rozpoczęłam oddawać się górom bez reszty, znalazłam swoje miejsce na Ziemi, bezpośrednią drogę między moją duszą a Wszechświatem. Nigdy nie poczuję do żadnego człowieka tego, co do gór. Nieważne, co się wydarzy, one zawsze BĘDĄ, obojętne na wszelkie zdarzenia, obojętne na mnie, nieprzystępne, wrogie, a jednak tak bliskie i pełne energii.


Od tego czasu każda wycieczka wiąże się z machaniem Krywaniowi na powitanie i pożegnanie, robieniem zdjęć, na których wskazuję niewidoczny szczyt z szerokim uśmiechem na mordzie, wdrapywaniem się na skały, by tylko go zobaczyć i sfotografować, nawet jeśli chowa się za chmurami. Robię mu zdjęcia z butami, plecakiem, konserwą, a nawet ze świnką. Jest niezdobytym bohaterem każdego wyjazdu.



Czemu akurat on? Z powodu jego cudnego kształtu. Jak tylko go widzę, odzywa się we mnie fiksacja na punkcie niedoskonałości, krzywizn i krągłości. Gdy ideały stają się nudne, to defekty określają perfekcję.


To była wersja oficjalna. Bowiem pomijając aspekty filozoficzne, główną przyczyną mojego szaleństwa jest mój zaawansowany czekoladoholizm. Kształt szczytu przypomina mi czekoladki Hershey's Kisses, które przywoziła sąsiadka z Ameryki, gdy byłam mała.


W latach '80 prawdziwe czekoladki były niesamowitym rarytasem, więc szalałam na punkcie tych stożków z wykrzywionymi czubeczkami. Ich hasłem reklamowym było "Spread Love, Share Happiness, Send a Smile" i każdy z tych elementów od lat dają mi opakowane w sreberka maleństwa.


Jest to tak miłe i słodkie wspomnienie, że za każdym razem, jak widzę Krywań, to mam ochotę go schrupać.
Spieszcie się zdobyć ten szczyt, bo już niedługo może zostać zjedzony...


wtorek, 16 października 2012

A mnie jest szkoda lata...

Jeśli w ubiegłym roku myślałam, że nie mogę mieć za sobą mniej aktywnego górskiego sezonu letniego, to byłam w błędzie. Czasem się zastanawiam, czy góry mnie już nie chcą, czy może utraciłam do nich całkiem serce w miejskim tłoku i powinnam dać już sobie z nimi spokój...

Przełamując złą passę, w pewną wrześniową niedzielę wykorzystałam okienko pogodowe i wybrałam się na zakończenie letniego sezonu w Tatry, oczywiście powyżej 2000 m n.p.m.


Bury bardzo chciał zaplanować wycieczkę, ale jego wybory były nieprzemyślane i subiektywne: Dolina Rybiego Potoku, Żabie Stawy, Wołowy Grzbiet... On nie rozumie, że ludzie nie chodzą własnymi ścieżkami i nie zjadają napotkanych obiektów.

Z uwagi na małą ilość czasu wybrałam bezpieczną i niesamowicie widokową trasę z Doliny Pięciu Stawów Polskich przez przełęcz Krzyżne (2112 m n.p.m.) do Doliny Gąsienicowej. Szlak nie jest krótki, ale pewne jego fragmenty pokonuję migiem, więc skupiłam się na samym wejściu na przełęcz.


Przy Wielkim Stawie Polskim weszłam na żółty, wygodny szlak, biegnący uroczo wśród rumowisk i kosówek z widokiem na pięciostawiańskie kałuże i wodospady. W okolicy Buczynowych Turni zmienił się w mordercze, wysokie schody, na których przydaje się zapas wody i dobra kondycja. Widok za plecami staje się coraz rozleglejszy, widać też Krywań, na którego punkcie posiadam niezdrową i niewytłumaczalną fiksację (no dobra, wytłumaczę, skąd się wzięła, jeśli nie będziecie się śmiać).


Ponieważ na równince nad przełęczą nie ma już chatki turystycznej, udałam się na odpoczynek na Kopę nad Krzyżnem. Widok jest kapitalny, rozległy, świetny do nauki topografii Tatr Wysokich.




Krzyżne stanowi obecnie metę Orlej Perci. Część szlaku prowadzącą przez widoczny powyżej Wołoszyn zamknięto w latach pięćdziesiątych z uwagi na utworzenie obszaru ścisłej ochrony przyrody. Dodam, że Wołoszyn jest niedźwiedzim blokowiskiem, a jego zbocza porastają piękne limby.


Z przełęczy widać mój ukochany Skrajny Granat, czyli część Orlej, która nigdy mi się nie znudzi. Potencjalni samobójcy i inni śmiałkowie uzależnieni od adrenaliny i braku stabilnego podłoża pod stopami proszeni są o wybranie ścieżki na zachód. Ja tymczasem udałam się w dół nieprzyjemnym i sypkim zejściem do Doliny Pańszczycy.


W swej górnej części dolina sprawia przygnębiające wrażenie księżycowej i martwej. Im bliżej Żółtej Turni, tym bardziej przyjazne staje się otoczenie.


Za Wielką Kopką wyłania się przeurocza, pełna zieleni i jagodzisk część doliny, a w niej Czerwony Staw z wybarwiającymi go na brunatno sinicami Pleurocapsa aurantica. Co ciekawe, w XIX w. staw zwany był Zielonym... widocznie się przefarbował.


Niedaleko za stawem przechodzi się na wypełnioną rumowiskiem stronę Doliny Gąsienicowej. Nie polecam samotnych spacerów w tej okolicy ze względu na misie, które szczególnie upodobały to miejsce. Dalej żółty szlak wchodzi w las i prowadzi do schroniska Murowaniec, z którego czym prędzej ewakuowałam się do miasta na gofra i autobus.


Nie jestem w stanie więcej napisać niż to, że z żalem zeszłam na jesień w doliny. Tam, na szczytach i przełęczach, czuję się wolna i wszystkie moje problemy stają się niewyobrażalnie małe. Nawet jeśli to tylko krótka przebieżka między dolinami.

niedziela, 8 lipca 2012

Drugi półtytuł - Góry

Płynie we mnie rozcieńczona góralska krew i regularnie słucham jej wołania, udając się na poszukiwanie swych korzeni. Zwykle zbaczam nieco na południowy-zachód i trafiam w Tatry. Dopiero na wysokości powyżej 2000 m n.p.m. czuję, że żyję i jest to uczucie, jakiego nie odbierze mi żadne życiowe niepowodzenie. Jak śpiewa KSU:

"Tam na dole zostało wszystko to co cię męczy, 
patrząc z góry wokoło świat wydaje się lepszy..."

W upalną niedzielę 1 lipca wybrałam się ze znajomymi do Doliny Rohackiej poopalać się nad stawami. Tak się złożyło, że przeszliśmy część najtrudniejszego szlaku w Tatrach Zachodnich, urocze stawy oglądając jedynie z góry.


Z prawie pustego parkingu pod stokiem narciarskim (4 euro) ruszyliśmy leśną ścieżką do żółtego szlaku, który prowadził nas przez Rohackie Siklawy do Doliny Spalonej. Żółto-zielone znaki prowadziły przez rozległe piarżysko, wspinając się zakosami ku przełęczy. Nie dojrzeliśmy często spotykanych tu kozic ani świstaków, więc musieliśmy się zadowolić własnym towarzystwem. Zimą muszą tędy schodzić widowiskowe lawiny!


Na Banikowskiej Przełęczy (2040m n.p.m.), jak na porządną przełęcz przystało, całkiem nieźle wiało. Widok jest stąd obszerny, ale powietrze było tak mało przejrzyste, że na zdjęciach widać tylko szaro-niebieskie plamy.


Czerwono-zielony szlak piął się zygzakiem do góry, wymagając pod koniec nieznacznego kontaktu ze skałą. Spieczeni i owiani osiągnęliśmy Banówkę (2178 m n.p.m.). Jej nazwa pochodzi z gwary liptowskiej i nawiązuje do kopalni, w których to w XVIII w. u jej podnóża usiłowano wydobywać rudy żelaza.


Na dość wąskim, lecz długim szczycie wygodnie nam się piknikowało, a apetyt pobudzała rozległa panorama, idealna do nauki topografii Tatr Zachodnich. Uwielbiam siedzieć z mapą na kolanach i odgadywać nazwy otaczających mnie szczytów!


Po sesji zdjęciowej nadszedł czas na właściwą część wycieczki, czyli spacer czerwonym szlakiem przez Hrubą Kopę na Trzy Kopy. Już samo zejście ze skał szczytowych dostarczyło nam emocji w postaci pionowych skał, od których odpadnięcie groziło lotem na północną stronę. Dalej czekały nas równie gładkie, gdzieniegdzie ubezpieczone płyty.


W tym miejscu muszę napisać, że szlak jest wymagający technicznie i fatalnie oznakowany. Zdecydowanie odradzam go przy mokrej skale oraz osobom nieprzyzwyczajonym do przepaści pod nogami.

Trasa wciąż prowadzi granią i trzeba meandrować skalnym labiryntem. Przy braku przewodnich śladów farby łatwo wspiąć się na skałę, z której najłatwiejsze zejście prowadzi kilkaset metrów w dół. Przy tej ekspozycji turysta nie może nie wiedzieć, którędy iść. Orla Perć jest znacznie lepiej oznakowana. Nie brakuje tu też oczywistych punktów, w których jedynym problemem staje się nie "gdzie?", lecz "jak?".


W połowie drogi, na kopulastym wierzchołku Hrubej Kopy (2166 m n.p.m.) zrobiliśmy kolejny przystanek na ploteczki i sesję zdjęciową.


Na szczęście część partii szczytowych trawersuje ścieżka pozwalająca na obejście niektórych szczelin i baszt, choć nie bez trudności. Obiecuję, że przyjemność obcowania z wąskimi kominkami i szczerbinami nie ominie żadnego spragnionego wrażeń turysty.


Przy zachowaniu wzmożonej ostrożności szlak staje się wyborny, a Szeroka, Drobna i Przednia Kopa (2136 m n.p.m.) nieodróżnialne. Granodioryty rohackie, z których zbudowane jest pasmo, posiadają misterną rzeźbę i pozwalają na pewny chwyt.


Przyznam, że w paru miejscach przydałyby się sztuczne ubezpieczenia. Mając niewiele ponad 1,5 m wzrostu czasem brakowało mi długości nóg i musiałam zwisać lub podciągać się na łańcuchu. Nie odpowiadały mi niestandardowo długie odcinki łańcucha, powodowały zatory i oddalały od skały.


Po zejściu z Trzech Kop skończyły się techniczne trudności i czekało nas odbicie na Smutnej Przełęczy (1963 m n.p.m.) na obchodzący 50-lecie przetrasowania niebieski szlak prowadzący w dół Smutnej Doliny. Dolina sprawia wrażenie martwej, dopiero u jej wylotu pojawia się bujne życie. Z powodu ulokowania w cieniu kolosów przez większą część roku zalega w niej śnieg, a okres wegetacyjny jest niezwykle krótki. Niestety, tu również nie natknęliśmy się na inne kozice prócz nas, za to chmury zaczynały nabierać podejrzanie ciemnych barw.


Po połączeniu z zielonym szlakiem dotarliśmy mijając staw Czarną Młakę do Bufetu Rohackiego, skąd wygodną asfaltówką biegnie czerwony szlak przez całą Dolinę Rohacką. Pozostało mi już tylko spojrzeć ostatni raz na Rohacz i rzucić krótkie "ani mi się waż ruszać stąd beze mnie!".


Dzięki zaangażowaniu kierowcy dojechaliśmy do Krakowa w sam raz na finał Euro.